Władczyni mroku


Zacznijmy jeszcze raz.
Nazywam się Megan Rivers, zdrobniale zapisuję swoje imię "Meggy", nigdy "Meggie". Mam trzydzieści trzy lata, niezwykły tatuaż na plecach i uważam, że z moim życiem jest coś nie tak. W lustrze widzę swoją twarz, tyle że nie jest to moja twarz. Jest nie całkiem prawdziwa, nie do końca właściwa. Tak w każdym razie czuję. Poza tym czasem widuję skrzydlate istoty. To nie przewidzenia, wiem, że istnieją. Mój kot, Tabris, również je widzi.
Jak na osobę po trzydziestce jestem potwornie niedojrzała, ale może to dlatego, że nie pamiętam niczego sprzed swoich ósmych urodzin i siłą rzeczy mój mózg uważa się za młodszy, niż jest w istocie. Moja amnezja jest skutkiem wypadku, w którym zginęli rodzice. Właściwie to nawet ją lubię, dzięki niej nigdy nie odczuwałam ich braku. Nie można tęsknić za kimś, kogo się nie pamięta.
Brzmi okrutnie? Może i tak, ale życie jest okrutne.

"Władczyni Mroku" to debiutancka książka K.C. Hiddenstorm znanej Wam już z "Krwawego księżyca" i "Po złej stronie lustra". Już w 2017 roku miałam okazję zrecenzować "Władczynię Mroku" i wtedy nagrodziłam ją aż czterema kostkami czekolady. Wydawnictwo Kobiece wraz z autorką postanowiło wydać na nowo tę książkę, dlatego skuszona nowymi scenami postanowiłam wrócić do historii Lilith i Lucyfera. Jak nowa wersja wypada na tle starej?

Przyznaję szczerze, że nie zauważyłam tych nowych scen, które były obiecywane. Owszem, może jest to kwestia tego, że czytam tę powieść po dwóch latach i mogę już jej tak dobrze nie pamiętać. Zauważyłam jednak brak przynajmniej jednej ze scen, które uważałam za kluczowe. W podziękowaniach Hiddenstrom pisze o tym, że pierwsza wydana wersja "Władczyni Mroku" była za długa i musiała sporo wyciąć. Ale gdzie są te nowe fragmenty? Niestety, czułam się nieco zawiedziona. Poza nowością w zakończeniu nie widziałam żadnych dodatnych scen.

To, co widać na pierwszy rzut oka, to fakt, że wersja wydana przez Wydawnictwo Kobiece o wiele lepiej się prezentuje. Okładka jest ciekawsza, każda z ksiąg jest oddzielona i wyróżniona ilustracją. Pod względem graficznym — nie ma do czego się przyczepić.

Kiedy dowiedziałam się, że "Władczyni Mroku" będzie miała reedycję, zastanawiałam się, jaki jest tego sens. Skusiły mnie tylko te nowe sceny, ale ja już czytałam tę książkę. Nowe wydanie, w wydawnictwie bardziej znanym niż to, które zajmowało się pierwotną wersją, ma większe szanse na zdobycie popularności. Dodatkowo należy zwrócić uwagę, że autorka jest teraz znacznie bardziej znana niż była jeszcze 2 lata temu. Na swoim koncie ma już kilka tytułów, cieszy się stałą grupą czytelników, która wciąż się powiększa, a to wszystko sprawia, że nowa "Władczyni Mroku" ma szansę trafić do większej liczby odbiorców niż wcześniej. 

Dla mnie, osoby, która już miała przyjemność czytać tę powieść fantastyczną, jest to trochę odgrzewany kotlet.

Mimo to uważam, że jest to naprawdę dobra polska fantastyka, po którą warto sięgnąć i którą warto poznać. Ale jeśli czytaliście już "Władczynię Mroku" nie znajdziecie w niej nic nowego, a jedynie okrojoną wersję pierwotnego wydania.

Dla tych, którzy nie mieli przyjemności czytać debiutanckiej książki K.C. Hiddenstorm, krótko przypomnę, o czym jest fabuła.

Meghan od dawna widzi dziwne rzeczy, ale w ostatnim czasie znacznie się to nasiliło. Zdarzają jej się wybuchy agresji, podczas których okazuje się, że dysponuje ogromną mocą. Zauważa też miany w swoim wyglądzie zewnętrznym, odrobinę urosła, nabrała kobiecych kształtów, jej twarz promienieje, a włosy lśnią. A do tego jeszcze ten dziwny Nicholas. Najpiękniejszy mężczyzna, jakiego widziała, a jednocześnie tajemniczy i jakby pochodzący z innego świata...
Kobietę nawiedzają różne wizje, ma przerażające sny. Tęskni za czymś, czego nie zna. Dlaczego czuje, że Nicholasa zna od zawsze i... kocha go od wieków?

Tymczasem w Piekle przygotowywana jest wojna. Wszystko z powodu podstępu, na jaki nabrała się Władczyni Mroku. Archanioł Gabriel oszukał Lilith, grożąc jej wiecznością bez jej ukochanego Lucyfera. Przerażona tą wizją Władczyni, zgodziła się spędzić życie jako śmiertelniczka. Kiedy przejrzała podstęp anioła, było już za późno.
Od tamtej pory Lucyfer szuka na Ziemi swojej ukochanej królowej. Ale czy znajdzie ją na czas?

Wiem, że doskonale zdajecie sobie sprawę, kim w rzeczywistości był Nicholas i kim byłam ja. Moją intencją nigdy nie było trzymać was w niepewności. Tym, czego chciałam, było opowiedzenie wam mojej historii. Historii osoby, której przekonanie o nierealności, niewłaściwości własnego życia jest uzasadnione, o tym przypadku jednym na milion, kiedy to przyprawiające o obłęd pragnienia i tęsknoty okazują się nie majakiem, lecz szczerą prawdą. Przede wszystkim zaś chciałam opowiedzieć historię, w której największą rolę  odgrywała miłość, a która to przecież ma więcej niż jedno oblicze.

"Władczyni Mroku" wciąż mi się podoba i chętnie polecę ją miłośnikom fantastyki, ale oczekiwałam czegoś więcej po tej odświeżonej wersji i stąd ta jedna kostka czekolady mniej. Jeśli jeszcze nie czytaliście tej książki — przeczytajcie, bo warto.  

Nową wersję "Władczyni Mroku" nagradzam trzema kostkami czekolady, a więc wypadła jednak gorzej niż pierwsze wydanie.


Premiera 15 maja.
Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Kobiecemu.

Może zainteresuje Cię również

3 komentarze

  1. Czytałam, bardzo świetna książka:)

    OdpowiedzUsuń
  2. Przepiękna okładka nowego wydania, lubię takie klimaty. Samej powieści nie miałam okazji czytać, ale chyba dopiszę sobie ją na moją listę "do przeczytania". :)
    Na następnej stronie...

    OdpowiedzUsuń
  3. Nie wiedziałam, że jest to drugie wydania tej książki. Mam w planach ją przeczytać.

    Książki jak narkotyk

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za aktywność na blogu. :)