Gdyby ocean nosił twoje imię


Autorka "Dotyku Julii", serii, którą namiętnie czytałam, będąc młodziutką dziewczynką, powraca z nową książką. Od razu uprzedzam, że "Gdyby ocean nosił twoje imię" jest zupełnie inną historią niż "Dotyk Julii" i nie można ich porównywać. O ile ta pierwsza jest dystopią, to nową powieść Tahereh Mafi nazwałabym przeciętną młodzieżówką. Ale do oceny przejdziemy później.

Stałam się tematem dyskusji, statystyką. Nie mogłam już być zwyczajną nastolatką, zwyczajnym człowiekiem z krwi i kości - nie, musiałam być czymś więcej.
Byłam zniewagą. Niewygodą.

"Gdyby ocean nosił twoje imię" wyróżnia się okładką i tytułem. Znane nazwisko autorki sprawia, że jest to obecnie jedna z książek, które wyskakują ci z lodówki. Czy słusznie promuje się tak intensywnie ten tytuł? Zapewne tak. Przecież głównym wątkiem jest tutaj rasizm, a to temat, o którym należy mówić głośno.

Tahereh Mafi opisuje losy szesnastoletniej Shirin, która po raz kolejny przybywa do nowej szkoły. Jej rodzina regularnie zmienia miejsce zamieszkania, przeprowadzają się zawsze do nieco lepszej dzielnicy, nieco ładniejszego i większego domu, kiedy tata otrzyma awans w pracy. Rodzice - dumni imigranci z Iranu - wkładają mnóstwo wysiłku, aby zapewnić swoim dzieciom wszystko, co najlepsze. Jednak zupełnie nie interesuje ich to, jak dzieciaki radzą sobie w szkole z rówieśnikami.

Odkąd tylko pamiętam, ludzie wylewali na mnie pomyje, bo miałam niewłaściwe imię/pochodzenie/religię i status socjoekonomiczny, jednak moje życie było łatwe w porównaniu do życia moich rodziców, więc naprawdę nie potrafili zrozumieć, dlaczego nie budziłam się każdego ranka ze śpiewem na ustach.

Akcja książki rozgrywa się rok po zamachu terrorystycznym na World Trade Center. To wydarzenie znacznie wpłynęło na to, jak ludzie odbierają Shirin. Boją się jej, więc ją atakują. Nie rozumieją, dlaczego nosi chustę, ale wyciągają mylne wnioski, zamiast zapytać. Każdego dnia Shirin zmaga się z rasizmem.

Nie miało znaczenia, że byłam tak samo wstrząśnięta jak wszyscy; nikt nie wierzył w mój żal. Ludzie, których nigdy wcześniej nie znałam, nagle oskarżali mnie o zabójstwo. Obcy ludzie wrzeszczeli na ulicy, w szkole, w sklepie, na stacji paliw, w restauracji, żebym wracała do domu, z powrotem do Afganistanu, ty pieprząca wielbłądy terrorystko. 
Chciałam im powiedzieć, że mój dom jest przecznicę dalej. Że nigdy nie byłam w Afganistanie. Że tylko raz w życiu widziałam wielbłąda, w czasie wycieczki do Kanady, a wielbłąd był zdecydowanie milszy od ludzi, których poznałam. 

Shirin urodziła się w Ameryce, ale nikogo to nie interesuje. Nikt nawet nie zapytał.

Poruszana w tej książce tematyka nie jest obca Tahereh Mafi, ponieważ sama jest pochodzenia irańsko-amerykańskiego. Szczegółowo i bez skrupułów opisuje okrucieństwo nastolatków, którzy nie do końca rozumieją, co się dzieje. Atakują, bo boją się inności. Zamiast spróbować poznać Shirin, wolą znęcać się nad nią psychicznie i fizycznie.

Wyjątkiem od tej reguły jest zachowanie Oceana, chłopaka, z którym Shirin pracuje na zajęciach z biologii. Ocean nieco nieśmiało zadaje pytania, co zaczyna bawić dziewczynę. Ich rozmowy sprawiają, że czytelnik wraz z Oceanem poznaje prawdziwe oblicze życia Shirin.

Ocean był miłym, przystojnym, heteroseksualnym białym chłopakiem, a świat oczekiwał od niego wspaniałych rzeczy. Do tych wspaniałych rzeczy nie należało zakochiwanie się w wyjątkowo kontrowersyjnej dziewczynie z Bliskiego Wschodu, która nosi chustę na głowie. Musiałam go uratować przed nim samym.

Co ciekawe, autorka pisze nie tylko o złej postawie uczniów szkoły i ich zachowaniu względem nowej uczennicy, ale ukazuje też, że i Shirin nie jest bez wad. Dziewczyna jest nieufna. Zapomniała już, że na świecie są też dobrzy ludzie. Każdego podejrzewa o złe intencje. To zrozumiałe, że boi się nieprzewidywalności ludzkich zachowań, bo doświadczyła już zbyt wiele okrucieństwa, ale Tahereh Mafi pokazuje nam, co może się wydarzyć, jeśli Shirin odważy się komuś zaufać. Pokazuje nam, że nie każdy jest rasistą.

Na początku tej recenzji napisałam, że mogłabym ocenić "Gdyby ocean nosił twoje imię" jako mocno przeciętną książkę. I to zdanie utrzymywałam przez 70% powieści. Dopiero w tym momencie akcja rozkręciła się na tyle, że bez ostrzeżenia zostałam wciągnięta w świat Shirin. Wcześniej mocną stroną tej historii był dla mnie jedynie wątek rasizmu. Zastanawiałam się, czy jest to kolejny przypadek przereklamowanego tytułu. Na szczęście pod koniec wszystko się odmieniło, a ja czytałam ostatnie rozdziały z otwartymi ustami.

I choć przez większą część fabuły, nie byłam zachwycona, a może i nawet nieco znudzona, zakończenie poprawiło moją opinię o tej książce. Ogromny plus za poruszenie w książce młodzieżowej tak trudnego tematu, jakim jest rasizm. Duży minus za zbyt powolną akcję. Wątek miłosny rozgrywa się tutaj powoli, ale jest dobrze opisany. Czytelnik kibicuje bohaterom, co nie jest łatwe, bo autorka zadbała o emocjonalny rollercoaster.

Tahereh Mafi dostarczyła młodym czytelnikom spory materiał do przemyśleń, mam nadzieje, że ta książka otworzy oczy ludziom na całym świecie.

Może wystarczy, że nauczyłam się, że miłość to niespodziewana broń, że to nóż, który był mi potrzebny, by przeciąć kamizelkę kuloodporną, jaką nosiłam na co dzień.


"Gdyby ocean nosił twoje imię" zdobywa trzy kostki czekolady.
Za egzemplarz recenznecki dziękuję Wydawnictwu We Need Ya.

Może zainteresuje Cię również

4 komentarze

  1. "Dotyk Julii" czytałam już bardzo dawno, ale i wtedy to nie była książka dla mnie. Jednak "Gdyby ocean miał imię" wydaje się inne. Z chęcią przeczytam, chociażby dla wątku nietolerancji.

    Pozdrawiam!
    recenzje-zwyklej-czytelniczki.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  2. Nie jest to książka, którą chce jakoś bardzo przeczytać.

    Książki jak narkotyk

    OdpowiedzUsuń
  3. Raczej nie sięgnę po książkę, nie moja tematyka.

    OdpowiedzUsuń
  4. Dotyk Julii czytałam już dawno, jednak ta książka nie zachęca mnie swoją fabułą.

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za aktywność na blogu. Miłego dnia. :)