Dziewczyna z Neapolu

 

Lucinda Riley "Dziewczyna z Neapolu"

Od pierwszego spotkania z twórczością Lucindy Riley, jestem jej wierną fanką i niecierpliwie wyczekuję kolejnych jej książek. Przeczytałam wszystkie i wciąż mi mało. W powieściach Lucindy Riley można zauważyć pewien schemat, który stał się jej znakiem charakterystycznym. Jest to oczywiście silny wpływ przeszłości na teraźniejszość. U Lucindy bohaterowie odkrywają losy swoich przodków, które oddziałują na ich życie jeszcze wiele lat później. Co więcej - postacie te zabierają nas w podróż nie tylko po świecie, ale i w czasie. Często cofamy się o wiele lat do najdalszych zakątków, aby poznać wyjątkowe historie. Wszystko to jest niezwykle fascynujące i sprawia, że książki tej irlandzkiej pisarki sprzedają się jak świeże bułeczki.

Sięgając po "Dziewczynę z Neapolu" można bardzo się zdziwić, ponieważ zupełnie nie przypomina wcześniejszych powieści Lucindy. Pierwsza różnica jest taka, że "Dziewczyna z Neapolu" jest jedną spójną historią i nie jest przeplatana opowieściami o życiu przodków głównej bohaterki. U Lucindy zazwyczaj mamy dwie główne postacie, dwie linie czasu, dwie narracje.

Tym razem jest inaczej. Poznajemy Rossanę, która opowiada w liście swojemu synowi historię jej miłości. Wszystko zaczęło się, kiedy Rossana miała jedenaście lat i podczas skromnego przyjęcia została odkryta przez znajomego śpiewaka operowego. Polecił on rodzinie zapisać Rossanę na lekcje śpiewu, aby szlifować jej niezwykły talent. Dziewczynka zauroczona młodym mężczyzną jeszcze tego samego dnia postanawiła, że kiedyś zostanie on jej mężem.

Choć w rodzinie się nie przelewa, starszy brat przeznaczył swoje oszczędności na lekcje dla Rossany i w ten sposób w ukryciu przed rodzicami, dziewczynka rozpoczęła naukę śpiewu.

Jednego nauczyłam się o życiu: nie jest próbą generalną.

Najważniejsze jest to, że w "Dziewczynie z Neapolu" Lucinda zrezygnowała z równoległej opowieści o losach innej postaci z przeszłości, co przecież jest jej wizytówką. Było to dla mnie zaskoczeniem i przyznam szczerze, że brakowało mi tych przeskoków w czasie, którymi Lucinda potrafiła namieszać czytelnikowi w głowie.

Lucinda Riley w najnowszej książce pokazuje nam Neapol, Londyn, Paryż i Nowy Jork, ale odniosłam wrażenie, że miejsca te nie grają aż takiej roli, jak w poprzednich książkach Lucindy. Tam były ważnym elementem fabuły, prowadziły do odkryć losów przodków, tutaj są zaledwie tłem.

Oczywiście mimo zmian, jakie zafundowała nam Riley, jestem oczarowana tą powieścią i spędziłam cały dzień przyklejona do książki, aby poznać zakończenie. Jednocześnie muszę przyznać, że była to moim zdaniem najsłabsza książka Lucindy. Kilka wątków było łatwych do przewidzenia, mimo że dotychczas Riley słynęła z zaskakiwania czytelników niespodziewanymi zwrotami akcji.

W odbiorze tej książki przeszkadzał mi fakt, że nie polubiłam głównej postaci męskiej. Ale jak to ja, zafascynowana byłam postaciami drugoplanowymi - szczególnie zaciekawiła mnie historia Abi i Luki, mężczyzny, który poczuł powołanie, a kobieta stała się dla niego próbą od Boga.

Z pewnością "Dziewczyna z Neapolu" jest książką, z którą spędzicie kilka miłych wieczorów i polecam ją, ale fani twórczości Riley mogą być nieco zawiedzeni.

"Dziewczyna z Neapolu" zdobywa cztery kostki czekolady.

Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Albatros.
Poniżej sprawdzisz, gdzie kupisz recenzowaną książkę w najlepszej cenie.

Może zainteresuje Cię również

1 komentarze

  1. Strasznie jestem ciekawa twórczości tej pisarki, ale nie miałam jeszcze okazji się z nią zapoznać. Muszę to w końcu koniecznie nadrobić.

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za aktywność na blogu. Miłego dnia. :)