Jesteście okładkowymi srokami? Bo ja tak. I nie mogę przestać się zachwycać tą książką. Ja wiem, to tylko szata graficzna, ważniejsza jest treść, ale przecież to małe arcydzieło! 🥹🍂
Evie wraca do rodzinnego miasteczka z planem. Ale o planie szybko może zapomnieć, bo życie ma dla niej innych scenariusz. W ciągu jednego dnia dowiaduje się o kiepskiej kondycji hotelu, zdradzie narzeczonego, a na dodatek na maskę jej auta spada gałąź.
Młoda kobieta prosi o pomoc swojego byłego już wykładowcę, który jednocześnie specjalizuje się w ratowaniu beznadziejnych przypadków.
Sytuacja w życiu Evie jest równie beznadziejna, ale chyba nie ma co oczekiwać na pomoc Ronana w tej kwestii, prawda?
Ten przepięknie wydany jesienny romans, rozpoczyna się od równie zachwycającej dedykacji. A to dopiero przedsmak tego, co czeka nas w środku.
Wszystkie miłośniczki slow burnów będą usatysfakcjonowane tempem rozwoju relacji bohaterów. Na ich zbliżenie musimy poczekać, a autorka podrzuca nam jedynie liczne niedopowiedzenia i małe gesty - tak łatwe do nadinterpretacji! To wszystko bardzo angażuje czytelnika w lekturę zmusza go do oczekiwania na TEN moment!
Nie obawiajcie się motywu wykładowcy i studentki. Evie zdążyła już zakończyć studia, a różnica wieku między bohaterami wynosi tylko 6 lat - ona ma 25, a on 31 lat.
Las, jezioro, deszczowe dni, obchody Święta Dziękczynienia - to wszystko buduje jesienny klimat, który sprawia, że “Love Inn” jest książką idealną na ten czas.
Jest tylko jeden jedyny minusik - szybko domyśliłam się, jaki sekret skrywają wszyscy przed Evie.
Poza tym nie mam żadnych zastrzeżeń. Z przyjemnością spędziłam czas z Evie i Ronanem w małym miasteczku. Myślami jestem już z bohaterami drugoplanowymi, z Joshem i Amélie, bo tu jest tyyyle potencjału! Nie mogę się doczekać ich historii! 🥹🤎

0 komentarze