Pocałunek cesarza


Dziewiętnastowieczna Francja. Dwudziestoczteroletnia Charlotte jest zaręczona z Victorem, razem są niezwykle szczęśliwi. Do czasu, kiedy mężczyzna otrzymuje propozycję pracy jako doradca samego cesarza Francji. Victor wyjeżdża do Wersalu, a Charlotte jest załamana. To wtedy jej matka zapoznaje ją z Franciszkiem, który uczy się na lekarza i pragnie uleczyć złamane serce pięknej dziewczyny. Charlotte długo się nie waha i próbuje zapomnieć o Victorze, walcząc o szczęście z przyszłym lekarzem.

Victora brałam za ideał, a teraz ren jeden pocałunek zmienił wszystko. Zrozumiałam, że nie muszę być sama - że są inni mężczyźni, dla których mogłabym stracić głowę.

Zaproszenie na bal w Wersalu zmienia całe jej życie. Wraz z Franciszkiem jedzie do Victora, aby wszystko z nim wyjaśnić. To tam poznaje cesarza, który od razu traci dla niej głowę. W ten sposób mamy czworokąt, a główna bohaterka skacze z kwiatka na kwiatek. 

Będę cię uwodził. Kusił w każdy możliwy sposób. Ale uwaga, nie pocałuję cię. Pragnę, abyś ty zrobiła to pierwsza. Pragnę, abyś marzyła i śniła o moich ustach, które ciągle będą blisko twoich.

Męskie postacie w tej książce wcale nie są lepsze od Charlotte. Podczas gdy ona wyraźnie się nie może zdecydować na jednego mężczyznę, każdy z nich obiecuje, że nie odda jej, będzie walczyć do końca, tymczasem przy pierwszej lepszej próbie, jej "ukochani" poddają się i uciekają (oczywiście, by za chwilę wrócić i zacząć czworokąt od nowa),

"Pocałunek cesarza" miał potencjał. Wszystko zaczęło się naprawdę ciekawie, a ja byłam dobrych myśli. Początek mnie zauroczył, autorka świetnie opisuje chemię między bohaterami, jest ona wręcz namacalna. Rozumiem taką namiętność między dwójką, ale dziwię się, że Charlotte zakochała się w trzech mężczyznach i między nią a każdym z nich czuło się iskry. Moim zdaniem autorka tutaj przesadziła i było tego po prostu za dużo. 

Niestety, żaden z bohaterów nie przypadł mi do gustu. Zachowanie Charlotte, Victora, Franciszka oraz cesarza były dziecinne i niezwykle mnie irytowały. Czasami czułam się, jakbym była świadkiem wydarzeń rodem z taniej telenoweli. Zwroty akcji były niewiarygodne i po prostu tanie?

Charlotte zakochiwała się błyskawicznie i była przekonana o stałości swoich uczuć. Co trzy strony zmieniała swoich kochanków, gdy jeden wyjeżdżał, natychmiast biegła do pozostałej dwójki, a oni najpierw byli wściekli, potem jej wybaczali, myśląc, że znowu mają ją na własność. Chyba jeszcze nie spotkałam się z tak bardzo irytującym zachowaniem w książce. Niestety.

Podsumowując - zaczęło się bardzo dobrze i mogło być ciekawie, jednak wydaje mi się, że autorka po prostu przedobrzyła. Za dużo romansów i wątków miłosnych, zbyt wiele skakania z kwiatka na kwiatek. Najsłabszą stroną książki "Pocałunek cesarza" są postacie, są słabo zaplanowane (matka Charlotte na początku była surową i nieco oschłą kobietą, za chwilę była matką roku, gdzie tu konsekwencja?), co niestety męczyło czytelnika. Pomysł na fabułę można uznać za obiecujący, jednak ten potencjał nie został wykorzystany, a szkoda.

Co ciekawe, na Lubimy Czytać znajdziecie bardzo pozytywne opinie o tej książce, przykro mi, że jestem tą, która rozpoczyna krytykę, ale może to tylko moje odczucia. Jeśli jesteście ciekawi, czy i Wy podzielacie moje zdanie, przeczytajcie "Pocałunek cesarza" i sprawdźcie sami. :)

Za egzemplarz recenzencki dziękuję autorce - Sylwii Bachledzie.

Może zainteresuje Cię również

5 komentarze